Żyćko - #2

Żyćko - #2

W ostatnim czasie coraz częściej nachodzi mnie okrutna ochota, żeby znów zacząć pisać. Kiedyś robiłem to częściej, później przerzuciłem się na obraz — w końcu jedno zdjęcie mówi więcej niż tysiąc słów, a przynajmniej takie powiedzonko krąży. No, czasami tak właśnie jest, tylko że kluczowe jest to słowo „czasami”. Dziś jednak nie chcę tego tematu rozkładać na czynniki pierwsze, myśli krążą mi jednak po innych orbitach.

Mam w sobie takie poczucie, że potrzebuję miejsca, w którym będę mógł sobie wyrzucić to, co siedzi mi na duszy. A siedzi coraz więcej i coraz częściej nie daje spokoju. Mam też takie poczucie, że obracanie tych kwestii ciągle w głowie to jednak za mało. Potrzebuję miejsca, gdzie będą miały swoje ujście.

Byliśmy dziś z P. na Pop-Upie Japońskim w Stalowni. Lubię takie wydarzenia, tym bardziej że ten pop-up był trochę bardziej kameralny — nieduża przestrzeń i niewielu wystawców. Przemiła atmosfera. Oczywiście, że się obkupiłem, nie mogło być inaczej. Nowa ceramika (czarka, podkładki pod pałeczki), nowe pałeczki, trochę sztuki (serio, przecudne grafiki udało się trafić) i trochę inwestycji w szczęście, ale o tym może innym razem. Po napełnieniu brzuszków świetnym jedzeniem każde z nas ruszyło w swoją stronę, ale to był mega miło spędzony czas, nawet mimo uporczywego deszczu.

Więc wracałem sobie z zapętloną Plastic Love Mariyi Takeuchi i moje myśli zaczęły jednak uciekać w kierunku fotografii. Odebrałem przed pop-upem wywołane rolki, a na mailu czekały już skany tych negatywów. Trochę z taką niecierpliwością czekałem na efekty — w końcu była tam jedna rolka Ilforda, z którą wiązałem duże nadzieje. Nie był to w końcu przeterminowany Fomapan, gdzie losowość efektu czasem była zbyt duża. I nie zawiodłem się, zdecydowanie nie zawiodłem. Ale zanim jeszcze dojechałem do domu, wpadło mi powiadomienie, że mogę już odebrać album On Being an Angel autorstwa Franceski Woodman. Woodman to moje odkrycie tego roku, nie wiem, czemu wcześniej nie trafiłem na jej zdjęcia, a jestem nimi totalnie poruszony! Prace Woodman grają w mojej duszy, ruszają miejsca w niej, które wydawały się dawno pogrzebane gdzieś głęboko. Nie potrafię przejść obojętnie wobec nich. Jestem przekonany, że jeszcze temat jej prac tutaj wróci.

Tymczasem przeglądam też skany, już nie na podglądzie w telefonie. I rośnie we mnie takie przekonanie, że to jest całkiem przyjemne. Pierwsze próby wyszły nie najgorzej. Podoba mi się efekt, jaki daje ten Ilford. A jeszcze bardziej podoba mi się to uczucie obcowania z analogową fotografią. Teraz sobie tak myślę, że kilka zdjęć z tego filmu zasługuje na zrobienie odbitek!

Z pop-upu też będą foteczki robione na analogu! Tym razem kolorowe. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.