Żyćko #3 - 1000 km
Patrzysz z rana przez okno i co widzisz? Szarości. Świat znowu monochromach, temperatura jednak nie tak bardzo tragiczna, no prawie dziesięć stopni. Myślisz sobie tylko czy nie mogłeś sobie wymyślić lepszego hobby, takiego które nie wygania Cię w taką szaro-burą aurę z domu? Pewnie mogłem, nie wiem na przykład szydełkować Siedziałbym sobie wtedy z kubkiem herbaty i robótką. Ale nie, ja mam fotografie i rower, więc choć z pozoru jest jakiś wybór - to oba sprowadzają się do tego, że raczej wyjść z domu trzeba.
Pół biedy gdy wychodzę z domu i jadę do studia, ale nie zawsze siedzę w studiu - uwielbiam też spacerować z aparatem i łapać kadry. Rower też niby można wstawić na trenażer i wtedy żadna pogoda nie będzie przeszkodą, ale jaki z tego fun? Więc wstałem dziś po szóstej rano i przez jakiś czas prowadziłem ze sobą wewnętrzny dialog - ide czy nie idę. Szybkie sprawdzanie pogody, padać nie powinno, jak już to ledwo coś pokropi. Zrobiłem sobie jeszcze kubek herbaty, żeby to dobrze rozważyć, ale nie oszukujmy się decyzja zapadła - idę. Przebrałem się więc w rowerowe ciuchy, wrzuciłem do tylnej kieszonki aparat i wypiłem tę herbatę, przynajmniej na początku będę miał w głowie to uczucie rozchodzącego się ciepła. Pomoże do momentu aż ciało się nie rozgrzeje.
Nie byłem nawet pewny, którą trasę dziś wybiorę. Ogólnie ludzi powinno być mało, nie ma jeszcze 8 rano - dopiero przy moście Północnym zdecydowałem, że nie mam ochoty dziś przebijać się przez miasto więc wybrałem wariant - Zalew Zegrzyński. Lubię sobie pomyśleć na rowerze, poukładać pewne rzeczy w głowie, ale gdy zaczyna mnie to męczyć to dociskam i skupiam się na drodze, tak było też i dziś, połowa trasy to jeszcze trochę takie rozważania, ale droga powrotna to już totalny reset głowy. Za to uwielbiam jazdę na rowerze. Ten strzał dopaminy, pozwala chociaż czasowo pozbyć się tego kortyzolu z głowy. A dziś dodatkowo świętuje bo przekroczyłem barierę 1000 przejechanych kilometrów - w zeszłym roku tę liczbę udało mi się osiągnąć w sierpniu, więc postęp jest. A w dodatku udało się osiągnąć Personal Best Time na 50 km. Czy coś tam pokropiło? Tak, ale taki deszcz to żaden problem. Czy było trochę chłodno? No było. A czy było warto? Zdecydowanie tak. Teraz mogę zająć się innymi niedzielnymi rzeczami.